plejskavica

Kocioł bałkański

Kocioł bałkański, tak powinien nazywać się przepis na jednogarnkowe danie z mięsiwem i duszonymi warzywami. Dziś jednak parę słów nie o przepisie, ale o fajnym miejscu w Warszawie.
Banja luka, to lokal wpisany w kulinarną historię Warszawy, od lat prowadzony był zgodnie z prawidławami kucharskimi… Lokal mieścił się przy ulicy Puławskiej i odwiedzały go tłumy. Zasłużenie wyróżniony był licznymi artykułami w gazetach.
Pierwszy raz wybrałem się tam 6 lat temu. W tym czasie swojski styl glinianej chaty i ogródek z kamiennym potoczkiem rzeczywiście sprawiały wrażenie miejsca szczególnego.
Jedzenie również zaskakiwało pozytywnie, prawdziwe serbskie dania, miesiwa i dodatki, przystawki zsiadłe mleko…

Tak mogło być dalej, ale życie nie lubi stabilizacji, więc właściciele przenieśli się bliżej centrum. Na ulicy Szkolnej po długich wyczekiwaniach banja luka otworzyła się na nowo. Tak to wciąż był coś ambitnego, dalej muzyka na żywo i świeże jedzenie. Styl może bardziej nowoczesny, bo otwarta kuchnia itp.
Komu to przeszkadza? Nikomu, ważne że słuszne porcje były dalej, ot co.

Z roztargnieniem wspominam siekaną wołowinę przy stoliku, oczywiscie na tatara czy gurmanska plejskavice. Tak po ludzku, miejsce odróżniające się na tle całego warszawskiego archipelagu. Nagle bum, co się stało. Zamknięte, remont ależ to przecież niedawno odświeżone miejsce.
/w międzyczasie na świętokrzyskiej powstał inny lokal, tych samch włascicieli, o nazwie Aioli – w stylu zupełnie oderwanym od klasyki, industrialny, nowoczesny, dynamiczny, głośny, warszawski…/
Po otwarciu banja luki, przybrała Ona szatę właśnie swójej młodszej siostry!
Czemu tak? Podobno kucharz ten sam, receptury te same, ale jakoś już serca do tego miejsca brak, nie ma muzyki na żywo a bardzo przyciągała wieczorami. Widocznie teraz przyciąga coś innego.
No i dobrze, dałem sobie szansę przekonać się do tego wszystkiego co zaproponowali właściciele. Sprawdziłem komentarze gości na internetowych forach, ale powiem jak u mnie było.
Zacznę od jedzenia – to było do prawdy smakowite. W dużym gronie zamówiliśmy wspomnianego wcześniej tatara, gurmanska plejskavice, sałatkę z kozim grillowanym serem, dwa zestawy lunchowe zrobione a la serbskie burgery.
Po kolei wyrzucę z siebie swoje refleksje :)
Bardzo mnie zasmuciło, że czekadełka na tak duży stolik nie dostaliśmy od razu, spodziewałem się bowiem tego co kiedyś stanowiło specialite a la maison tj. świeżego pieczywa i pikantnej pasty. Taka przystawka nie jest zbyt fancy dla nowoczesnej banja luki więc otrzymaliśmy paski marchewki i ogórka z delikatnym sosem.

plejskavica
Tatar delikatny, podany elegancko z grillowanym pieczywem – niestety w karcie wskazana informacja o siekaniu go przy stoliku się nie ziścila. Byłem jednak świadkiem takiego siekania przed paroma miesiącami, więc rozumiem, że to przez to że siedzieliśmy na zewnątrz. Warto by było uprzedzić klienta, że za show które jest jak rozumiem wliczone w usługę, się nie odbędzie.
Plejskavica, czyli siekane mięso wołowo-wieprzowe z wędzonym kozim serem, czuszką i boczkiem bardzo mnie ucieszyło. Wspomniana porcja była mniejsza niż kiedyś, podana na drewnianej desce i papierze pergaminowym. W mały słoiczku przyprawiona kasza jaglana jako element przegryzki. (Tak w ogóle to te słoiki podają do wszystkiego.)
Mam wrażenie, że kiedyś do tego dania serwowany był pieczony ziemniak, a sosy były dwa. Oczywiście nie chodzi, żeby zabić smak potrawy intensywnym dodatkiem, ale ostra pasta z pomidorów i papryki i kojący jogurt po prostu tutaj pasowały. Ostrość dania była na tyle mała, że nie trzeba było się ratować zsiadłym mlekiem, by trawić nam to wszystko było lżej.

sałata
Zupa krem z cukini świetnie zbalansowana, miła przystawka do sałaty dla dbającej o linię kobiety. Sałata z grillowanym kozim serem, owoce granatu, rucola, pomidor. Bardzo atrakcyjne połaczenie. Zupełnie niebałkańskie to było, uznaję to za przejaw łączenia stylu z Aioli.
Co do kanapek, kolejny raz potwierdza się moja teoria, że nie zawsze burger bar jest lepszym miejscem na zjedzenie czegoś tak prostego.
Do dań zamawialiśmy napoje bezalkoholowe, m.in. zielony koktajl z pomarańczowym sokiem, koperkiem, bazylią i mięta, lemoniadę truskawkową i wiśniową. Te dwie ostatnie to chyba produkt z syropu, ale zielony koktajl bardzo nam zasmakował, powtórzymy w domu.
Jedyne do czego można się przyczepiać to temperatura produtków, wszystkie dania przyszły do Nas w pewnym rozstrzale czasowym. Plejskavica stygła kiedy czekaliśmy aż pozostali dostaną swoje.
Miejsce jest dalej warte uwagi, a ceny nie są demolujące. Za plejskavice, która naje się porządny chłop zapłaciliśmy 29 zł. Oczywiście nie jest to już moje ukochane miejsce, ale najważniejsze jest jedzenie. Życzę wszystkim, żeby zawsze było świeże, bo jedzone tu przeze mnie szaszłyki z wołowiny w okresie międzyświątecznym przyprawiły mnie kiedyś do szały, przerosty na takim mięsie powinno się wycinać. Proszę, apeluję!

Dodaj komentarz